czwartek, 15 września 2016

„W swojej książce koncentruję się tylko na wątkach piłkarskich” – Leszek Orłowski opowiada o „Barca. Złota Dekada”.



Znalezione obrazy dla zapytania leszek orłowski barca

Przy okazji spotkania autorskiego w Warszawie porozmawiałem z Leszkiem Orłowskim - dziennikarzem c+ oraz tygodnika "Piłka Nożna" o jego nowym projekcie. Książka "Barca. Złota dekada" to historia piłkarskiego sukcesu najlepszej drużyny początku XXI wieku. 
Więcej o tym, co znajduje się w książce, ale także o kulisach dziennikarskiej pracy Pana Leszka dowiecie się czytając poniższy wywiad. Zapraszam do lektury! 

Znalezione obrazy dla zapytania leszek orłowski


Jakub Balcerski : Jakie są czynniki, które tworzą Barcelonę największą drużyną ostatniej dekady? 

Leszek Orłowski : Przede wszystkim zachwyca stylem gry. Oczywiście wynikami, które są jego konsekwencją też, ale gdyby wygrywała prezentując inny rodzaj futbolu to nie uzyskała by tak dużej popularności. Ponadto Barcelona jest, jak sama o sobie mówi “Dumą Katalonii”, więc reprezentuje coś więcej niż samą siebie - jest czymś więcej niż klubem, o czym mówi kolejna klubowa dewiza. Jest w pewnym sensie realizacją ambicji całej Katalonii.



JB : Największy potencjał ofensywy Barcy był chyba zawsze obecny w tercetach. Najpierw Messi, Eto’o i Ronaldinho, następnie Messi, Villa i Pedro (MVP), aż do dzisiejszego tria MSN - Messi, Suarez, Neymar. Który z nich najbardziej przypadł Panu do gustu?

LO : Myślę, że tercet MSN składa się z gwiazd największego formatu. Poprzednie nie miały chyba aż tak wielkiej jakości piłkarskiej. Można polemizować bo współpraca Messiego, Eto’o i Ronaldinho może się wydawać lepsza. Ale mnie wydaje się, że nie. Messi grając z tymi piłkarzami nie był tym Messim, którym jest dzisiaj. Może to jest rzecz, która czyni różnicę i przesądza sprawę na korzyść obecnego tria. Bo jest ono na pewno najlepiej zgrane na boisku i poza nim, co też po prostu widać po jego członkach. W innych ustawieniach, w każdym z zawodników było sporo osobistych ambicji, które sprawiały, że na boisku nie było tak dobrze jak by mogło być. To sprawiało, że często były podporządkowane pod jednego zawodnika - dwóch partnerów pracowało tylko na Leo Messiego. Każdy z tych tercetów jest inny, a siła Blaugrany opiera się na nich z prostego względu - zawsze wychodzą ustawieniem 1-4-3-3. Stąd w ataku jest miejsce dla trzech napastników i stało się to znakiem rozpoznawczym tego klubu.

 
Znalezione obrazy dla zapytania camp nou



JB: Co jest największym symbolem Barcy? Cules, może stadion Camp Nou, który teraz będzie modernizowany? Co dla Pana jest najważniejszym elementem gdy odwiedza Pan obiekt w stolicy Katalonii? Do czego Pan najchętniej wtedy idzie?

LO : Pamiętam swoje pierwsze uczucie z Camp Nou. Stadion wygląda niepozornie z zewnątrz, ale gdy wysiada się z windy na najwyższym poziomie gdzie ulokowane są miejsca dla komentatorów nagle staje się twarzą w twarz z ogromem tego miejsca. Jego piękno jest uderzające. To jest chwila, którą zawsze przeżywamy bardzo mocno - moment wyjścia z wind i spojrzenia na roztaczający się przede mną obraz trybuny z napisem “Mes que un club”. To jest coś niesamowitego, co warto polecić każdemu odwiedzającemu Barcelonę. Symbolem klubu są chyba jednak wielcy piłkarze. Oczywiście te barwy - blaugrana, które bardzo szanują kibic, podobnie jak stadion chyba bardziej niż ktokolwiek inny swój, są niezwykle ważne, ale ta sztafeta gwiazd, która co sezon cieszy oczy kibiców poczynając w zasadzie od Ladislao Kubali, a skończywszy na Messim.



JB : Czym różni się Pana książka od innych, które już o Barcie powstały? Pamiętam książkę Grahama Huntera “Za kulisami najlepszej drużyny świata”, która też opowiadała o nieco krótszym dla Barcelony okresie – tym za Josepa Guardioli, ale u Pana jest chyba trochę inaczej?

LO : Zajmuję się w niej przede wszystkim analizą przyczyn sukcesów Barcelony, a także niepowodzeń, które także miały w tej „złotej dekadzie” miejsce. Koncentruję się tylko na sprawach piłkarskich. Może wyróżnia się tym, że nie mam ambicji aby zawrzeć w niej jakiś szerszy przekaz kulturowy, by sięgnąć głębiej. Oczywiście sięgam głęboko, ale tylko w sprawach mające swoje ujście na boisku., wpływ na styl gry Blaugrany, na jej piłkarzy. Jest to po prostu analiza procesu tworzenia najlepszej drużyny na świecie na początku XXI wieku i utrzymywania jej przy życiu, co jest trudniejsze w zgodzie z powiedzeniem „łatwiej jest na szczyt wejść, niż się na nim utrzymywać”. Takiej książki osobiście nie spotkałem, dlatego poważyłem się na takie dzieło, pomijając wiele interesujących spraw dotyczących choćby marketingu związanego z Barceloną, tworzącego jej międzynarodowy wizerunek. O tym w tej książce nic nie ma. Jej tematem jest tylko futbol, boisko i to co wypływa na wydarzenia, które się na nim dzieją.



JB : Przechodząc do bieżącej sytuacji w La Liga – wiem, że ciężko ocenić na początku sezonu, ale większy pomysł na drużynę, wprowadzający świeżość ma Luis Enrique czy Zinedine Zidane?

LO : Myślę, że obaj są do siebie podobnie. Nie są filozofami, myślicielami tylko pragmatykami, którzy wiedza, że trzeba zachowywać dobre relacje z piłkarzami, żeby odnosić sukcesy. Ale z drugiej  strony, że trzeba także jasno zaznaczyć granicę kompetencji, której piłkarze już nie przekraczają – że to i to należy już tylko do trenera. O żadnym z nich nie powie się w przeszłości, że był wizjonerem, który wprowadził do futbolu coś nowego. Natomiast są to wybitni warsztatowcy, którzy warsztat rozumieją nie tylko jako nie tylko tworzenie koncepcji taktycznych, ale przede wszystkim umiejętność prowadzenia grupy ludzi. 


Znalezione obrazy dla zapytania leszek orłowski



JB : Zapytam o Pana działalność komentatorską : trudniejszy do skomentowania jest dla Pana mecz lig, których na co dzień się nie śledzi, na przykład drużyn z ligi niemieckiej i portugalskiej czy El Clasico? To da się porównać czy są to jednak dwa różne światy?

LO : Przygotowywanie się do każdego meczu wygląda tak samo. Siedzi się godzinami przed komputerem czy gazetami lub innymi źródłami i wynotowuje wszystko, co może być przydatne podczas transmisji z takiego meczu. Natomiast różnica polega na tym, czego się szuka przy danym meczu. Komentując El Clasico już nikt nie opowiada o dzieciństwie danego piłkarza, nawet jeśli coś było w nim interesującego, bo wszyscy te historie już dawno znają. Trzeba się koncentrować na innych rzeczach, na tym co ostatnio wydarzyło się w życiu danego zawodnika czy ich wypowiedziach. Komentując mecz drużyn, które rzadziej bywają na telewizyjnej antenie można sobie pozwolić na więcej anegdot i sięgania głębiej w przeszłość piłkarzy. Inaczej się je komentuje, na co innego zwraca uwagę. Podczas „Klasyku” mimo, że tych ciekawostek jest przecież dużo to po pierwsze wszystko zostało już praktycznie powiedziane, a po drugie wydarzenia boiskowe są zazwyczaj tak fascynujące, że na dygresje zostaje mało czasu. Czasami jakieś 2-3 opowiastki zmieszczą się w trakcie takiego meczu, ale trzeba poświęcać więcej czasu analizie taktycznej tego, co się dzieje bo to przecież rzecz ciekawa – futbol na najwyższym poziomie i trzeba się nim delektować. Zadaniem komentatora jest przecież także próba pomocy w zrozumieniu, co się na boisku dzieje. Mecz oglądają kibice, ale tez ludzie, którzy nieco rzadziej zasiadają przed telewizorem. W meczach drużyn z innych krajów o taktykach często nie ma co się dużo rozwodzić – koń jest taki jak się widzi. Wtedy warto poszukać ciekawostek i zacząć je opowiadać.


JB : Jeszcze zastanawia mnie kwestia Pana przyszłości – rozumiem, że komentowanie w Canal + oraz pisanie dla tygodnika „Piłka Nożna” pozostaje. A co jeśli chodzi o książki? Dopiero co wyszła „Barca”, ale czy myśli Pan o kolejnym projekcie?

LO : Nie ukrywam, że planuję drugą książkę – mam już dla niej tytuł i problematykę. Chciałbym napisać o Realu Madryt i o losach tego klubu w XXI wieku. Nie mam jeszcze podpisanej umowy na jej wydanie i nie zacząłem jeszcze pisać, ale jestem w fazie intensywnego zbierania materiału i mam nadzieję, że te plany uda się zrealizować. 


czwartek, 30 czerwca 2016

Czego my się boimy?

 Ok, włożyłem koszulkę i teraz mogę coś skrobnąć przed meczem. A tak na poważnie przed tak ważnym meczem z kibicowskiego punktu widzenia wypadałoby napisać coś więcej. Tego mogę już nie ujrzeć nigdy w życiu. Mecz o awans do strefy medalowej. To brzmi pięknie. Przynajmniej dla mnie.


 Najpierw po meczowemu, później pojeździmy po terenach pozameczowych. Tak, dwuznacznie.

 Portugalczycy swoje trzy pierwsze mecze zagrali po prostu słabo. Nie stonowanie, nie oszczędzając się. Tylko słabo. Z Chorwacją podobnie jak u nas ze Szwajcarią był spory fart. Zadecydował jeden rzut wolny pod ich polem karnym. Trener Fernando Santos bardzo rotuje składem. Raz po raz wyrzuca z niego różnych zawodników. Często ważnych, niemalże podstawowych. W większości meczów trzyma skrzydłowego Quaresmę na ławce, nie daje mu wielu szans na boisku. Do tego uważa, że nasza kadra to zawodnicy z Bundesligi, perfekcyjnie przez niego rozpracowani. Ronaldo nie jest w gazie. Najważniejsze zagrożenia stanowią boki i wrzutki na Naniego, ewentualnie CR7. Rui Patricio jest klasowy, ale często niepewny w interwencjach. Czego my się boimy?

 Portugalia jest drużyną grającą technicznie. To prawda. To nie jest żaden ze znanych nam z dotychczasowych meczów styl gry. Coś dość nieznanego. Ale czemu musimy ich stawiać w lepszej sytuacji? Myślę, że nie trzeba wiele godzin zastanawiania się, by napisać że nasza reprezentacja gra od nich we Francji lepiej. Historię spotkań mamy bogatą i dość dobrą, pamiętając zwycięstwo w Chorzowie (piękne, chyba moje najpiękniejsze wspomnienie piłkarskie dzieciństwa związane z reprezentacją). Ze sobą zabraliśmy wspaniałych kibiców, po raz pierwszy od lat tak wierzących w reprezentacją. Ponawiam pytanie : Czego my się boimy?

 Mamy świetnego trenera, który każdą decyzję podejmuję z odpowiednim zastanowieniem, refleksem i spokojem. Mamy w składzie świetnego bramkarza, który ratował nas przed niejednym zagrożeniem, dwójkę charyzmatycznych bocznych obrońców świetnie wyprowadzających piłkę i równie dobrze cofających do defensywy, środkowych obrońców, których nagle zapragnął świat, bo przepuszczają niewielką (mało powiedziane) liczbę akcji czy piłek zagrywanych w "szesnastkę". Mamy świetnie pracujących pomocników : dwóch, którzy przesuwają akcję do przodu i dwóch kolejnych świetnie rozprowadzających akcje skrzydłami - często kończące się pięknymi bramkami - i w końcu napastników, których boi się cała Europa, może nieskutecznych jak na razie w tym turnieju (choć wierzę że jeszcze będzie im dane wystrzelić z formą), ale za to robiących niesamowite rzeczy, gdy cofną się do tyłu. Kończąc już te rozważania : mamy zespół, kolektyw który jest w stanie walczyć z każdym. Zażarcie, do końca. Ustrzelę hattricka : CZEGO my się boimy?

 

   I w zasadzie po co? Przecież osiągnęliśmy cel jaki wielu sobie wymyśliło : ćwierćfinał. Na to przed turniejem było stać nasze wyobraźnie. Teraz na nic nie musi je już być stać. Teraz już tylko może... stać się niewyobrażalne.

 Pozostaje mi jeszcze odnieść się do ostatnich bardzo interesujących opinii niektórych kibiców. Wypunktuję je w 3 etapach. Pierwszy - Pazdanomania. Nazwałem ją roboczo, zapewne niezwykle się nie rozwinie. Już jest w sporych rozmiarach. Golenie się na łyso, prowokowanie Ronaldo na serwisach społecznościowych czy te wszystkie memy i wpisy promujące jego nazwisko - przyglądam się temu z daleka i twierdzę, że to nic nadzwyczajnego. Niektóre sprawy mi się podobają, niektóre uważam za dziwne, inne za szalone. Ale to w sumie fajne. Fajnie, że w Polsce zaczęliśmy dostrzegać grę takich piłkarzy. Wcześniej choćby ktoś zagrał genialny mecz często był niezauważany czy niedoceniany. Teraz jest nawet odwrotnie. Ale to nic złego. Zło to drugi i trzeci etap. Mówieni o baloniku. Balonik odleciał. Napisałem tekst do gazetki, w której jestem redaktorem i właśnie tego chciałem. Tymczasem są osoby, które twierdzą że jeszcze ma co pęknąć. Mam radę : włóżcie okulary. W tej fazie turnieju, z tą drużyną i tymi wynikami wszystko wygląda inaczej. Na deser zostawiłem sobie fanów Cristiano Ronaldo. Nic do nich nie mam. W końcu to świetny zawodnik, fani powinni go doceniać i to robią. Jest garstka ich (być może więcej niż garstka?), która będzie go dziś dopingować zamiast Polski. I mówię im OK, róbta co chceta. Wszystko super. Nie wiem po co, bo piłce klubowej dość daleko do reprezentacyjnej, Ronaldo gra dla reprezentacji swojego kraju, a nie Realu Madryt. Ale ok. Stańcie dziś w koszulce Realu lub Portugalii (zapewne niedawno kupionej) i ... odśpiewajcie hymn. W końcu to chyba najbardziej identyfikująca się z każdą drużyną sprawa. Ja będę fałszował "Mazurkiem". I mam nadzieję, że Wy też :)


sobota, 9 kwietnia 2016

Pieprzony Polak, czyli wywiad z Arkadiuszem Onyszką.

  Arkadiusz Onyszko to z pewnością nie najpopularniejszy polski bramkarz. Był wielkim talentem, członkiem reprezentacji, która zdobyła srebro podczas IO w Barcelonie. Jego kariera i życie jest bardzo barwne, czasem ostre i na pewno ciekawe. Wszystko to opisał w autobiografii "Fucking Polak. Nowe Życie". O niej i kilku innych interesujących sprawach w poniższej rozmowie.


(fot. widzewtomy.net)


Jakub Balcerski : Spotykamy się przy okazji promowania twojej książki "Fucking Polak". Czy przyjąłeś sobie jakąś zasadę, gdy ją pisałeś?

Arkadiusz Onyszko : Tak. Miała być szczera do bólu. Miałem doświadczenie z jej pierwszą wersją w Danii, gdzie przez to osiągnęła status bestsellera. Myślę, że czytelnik nie będzie się z nią nudził i nie wyczuje, że jest w niej gdziekolwiek ściema.

JB : Czytając pierwsze 30 stron miałem wrażenie, że jest to jedna z najbardziej szczerych książek piłkarzy wydanych w Polsce, przebijająca być może nawet Kubę Błaszczykowskiego i jego autobiografię. Nawiązując do wspomnianego pierwszego wydania : skąd pomysł na wydanie książki w Danii, a nie w Polsce (lub w obu państwach) oczywiście poza tym, że tam grałeś?

AO : Moja osoba zawsze kojarzyła się z człowiekiem, który mówi tak jak jest. Nie owijałem w bawełnę, tylko mówiłem to co myślałem. Nie zawsze poprawnie politycznie, o której mam własne zdanie. W Danii zgłosiła się redakcja, która uważała że moja osoba jest na tyle ciekawa, że to może stać się sukcesem. Nigdy w życiu nie zdawałem sobie sprawy, że napiszę taką książkę. Za pierwszym razem odmówiłem, twierdziłem że nikt nie będzie chciał tego czytać. Przecież nawet nie byłem obywatelem duńskim. Ale jedna z duńskich gazet zrobiła mi tak dobrą "reklamę" jeszcze przed premierą książki (jedno zdanie o homoseksualistach i potem poszła cała lawina), że sprzedała się fantastycznie.

JB : W Polsce też jest to na razie jedna z najbardziej poczytalnych książek. Jest trochę kontrowersyjna (np. osoba z zewnątrz widząc tytuł może pomyśleć, że jest ostra). Myślisz, że polskie społeczeństwo takich książek potrzebuje?

AO : Faktycznie, jeśli nawet popatrzy się na moje zdjęcie na okładce to można pomyśleć, że to jest coś złego. A pomysł na "fucking polak" pochodzi z przezwiska nadanego mi przez duńskich kibiców, zazwyczaj drużyny przeciwnej, gdy krzyczeli na mnie "ty pieprzony polaku". Dzięki temu powstał obraz Polaka, który nigdy się nie poddaje, jest silny psychicznie, walczy do końca i ma swoje zdanie. Uważam, że ten tytuł mówi nawet o Polakach - jako o narodzie, który zawsze podnosi się z kolan.

JB : Cofnę się do twojej kariery piłkarskiej i zapytam o coś co zawsze mnie ciekawi przy piłkarzach tego pokolenia. Jak wspominasz trenera Janusza Wójcika?

AO : Mam o nim jak najlepszą opinię. Za moich czasów Janusz Wójcik był trenerem wybitnym, osiągał ogromne sukcesy. Pamiętajmy, że osiągnął z reprezentacją wielki sukces, do którego nikt przez 23 lata nikt nie dał rady nawiązać (srebro Igrzysk Olimpijskich w 1992 roku w Barcelonie - przyp. JB). Ja wspominam go bardzo dobrze zarówno jako selekcjonera kadry narodowej, jak i trenera klubowego w Legii Warszawa.

JB : Czy nadchodzące Euro we Francji i występ kadry Nawałki może zatem choćby w najmniejszym stopniu nawiązać do tego co wydarzyło się wtedy w Hiszpanii w twojej opinii?

AO : Ciężko powiedzieć. Sukces reprezentacji w piłce nożnej przyciąga ogromną rzeszę kibiców. Nie odczułem tego, ale ludzie mówili mi, że gdy graliśmy było pusto na ulicach. Miejmy nadzieję, że coś podobnego zobaczymy na w czerwcu i lipcu. Wierzę w reprezentację, bo znam osobiście cały sztab szkoleniowy i uważam, że to są fantastyczni i bardzo pracowici ludzie. Myślę, że da to efekty we Francji. 

JB : Teraz pracujesz z młodzieżą. Czy uważasz, że dopiero co wprowadzony Narodowy Model Gry coś zmieni w tym dziale?

AO : Nie miałem okazji zapoznać się z nim szczegółowo, ale na pewno pozytywne jest to, że PZPN próbuje coś z tym zrobić - ujednolicić ten styl trenowania młodych zawodników. Natomiast będzie wielka rywalizacja pomiędzy szkółkami. Mamy wiele akademii, gdzie pracują byli piłkarze. Tam uczą się dużo techniki, czy podstawowych wartości - sumienności, systematyczności i szacunku do rywala. Myślę, że niedługo nasz poziom piłkarski jeszcze bardziej wzrośnie. 

JB : Jeszcze jedno pytanie - Dlaczego wielu polskich piłkarzy wyjeżdża za granicę po 1-2 dobrych sezonach w polskiej lidze, a potem wraca z podkulonym ogonem po kiepskiej grze?

AO : Ciężko powiedzieć. Według mnie to kwestia charakteru. Największym problemem jest to, że po podpisaniu kontraktu i otrzymaniu sporych pieniędzy zawodnicy widząc jak dobrzy grają tam piłkarze podejmują walkę, ale zraz odpuszczają mówiąc sobie, że nie są tak dobrzy. I tyle, zachwycają się małostkowością - wystarcza im tyle, ile dostają, uważają że to jest ich maksimum. Nie starają się, nie walczą. Brakuje im ambicji, odpuszczają i wracają do kraju. Na zachodzie, żeby się utrzymać musisz być 2 razy lepszy i musisz podnosić poziom drużyny. Powinieneś coś dawać drużynie od siebie, żeby cię zaakceptowali. Tylko ludzie o dużym ego osiągają tam sukcesy. I to różni Polskę od tamtych państw. U nas takiego charakteru się nie lubi. 

piątek, 1 kwietnia 2016

Klasyk inny niż wszystkie.

 el clasico

 Co by o El Clasico nie napisać to wszystko będzie się wydawać dość banalne. Mity, historie z tego i nie tego świata, legendy boiska czy kontrowersyjne fakty. To już słyszeliśmy. Ale to Gran Derbi będzie nieswoje, dziwne, inne. Nie czuć, tego co zawsze. Zapach wielkiego spotkania unosi się nad Camp Nou i na pewno tak zostanie do wieczora. Ale coś tu nie gra. I dobrze.

 Przed nami kolejny wielki mecz tych drużyn. Real i Barcelona. Odwieczna wojna między tymi klubami jak zwykle ogarnie cały świat. Tym razem nie sądzę jednak by było tak jak zawsze. Drugi takie spotkanie w tym sezonie zostało pozbawione wielu ważnych aspektów. Ale to wcale nie znaczy, że tego meczu nie powinno się obejrzeć. Jak najbardziej jest to potrzebne. Takie zjawisko zdarza się bardzo rzadko. Rywalizacja Barcy i Królewskich nie jest w tym momencie bezpośrednio decydującą o sytuacji w tabeli La Liga, a co za tym idzie nie ma też wielkiego wpływu na walkę o mistrzostwo.

A przynajmniej pomiędzy samymi uczestnikami tego spektaklu. Gdyby Real wygrał nadal traciłby do Barcelony 7 punktów. Szanse na końcowy triumf oczywiście zachowają. Pomogą też lokalnemu rywalowi - Atletico Madryt, które w takiej sytuacji zmniejszy swoją stratę do Dumy Katalonii do 6 punktów. Czy mało, czy dużo - można dewagować. Natomiast jeśli wygra Blaugrana, to... Cóż. Real będzie miał do odrobienia 13 punktów. Praktycznie niemożliwe. Matematycy z pewnością będą mnie za to ścigać, ale to nieważne. Co to wszystko w zasadzie wykazuje? Dziś liczyć się będzie przede wszystkim rywalizacja w danym dniu, na danym boisku. Wszystko inne idzie w odstawkę.


Może jednak nie wszystko. Oba zespoły będą występowały w nieco podrażnionych kontuzjami kadrach. Szczególnie Barca, u której w towarzyskich meczach reprezentacji mocno ucierpiała lewa strona defensywy. Kontuzjowani są Adriano i Mathieu, czyli zmiennicy Jordiego Alby. Sam Hiszpan przed kilkoma dniami sam narzekał na uraz. W Realu paru zawodników także dopiero wraca po kontuzji. Na pewno nie zagra Varane, który uszkodził łydkę. Do kadry nie załapali się także Arbeloa i Kovacić. To od razu pokazuje, gdzie oba zespoły mogą szukać swoich słabych stron.

Ten mecz nie będzie jednak podyktowany tylko wydarzeniami czysto piłkarskimi. Jak to zwykle bywa w przypadku El Clasico, tak i teraz musiał się znaleźć dodatkowy aspekt.  Przed spotkaniem, a nawet w jego trakcie uhonorowana zostanie legenda FC Barcelony - Johan Cruyff. 14 minuta to chwila, gdy kibice zaprezentują transparenty związane z Holendrem. Do tego specjalna kartoniada podczas wprowadzenia zawodników na boisko oraz minuta ciszy. Dodatkowo piłkarze katalońskiego klubu przystąpią do meczu z napisami Gracies Johan na koszulkach.

To o czym pisałem wyżej sprawi, że będziemy się czuli inaczej podczas tego spotkania. Ale Gran Derbi pozostaje Gran Derbi. Nic nie odbierze nam przedmeczowej fascynacji, okrzyków radości czy wybuchów emocji w trakcie, a także po jego zakończeniu.

2 kwietnia, godzina 20:30. Odliczanie czas zacząć. 



czwartek, 24 marca 2016

Przez pryzmat futbolu o świecie - Kopalnia. Wywiad z Piotrem Żelaznym.

 Magazyn Kopalnia to niezwykłe zjawisko. Tworzy go elita dziennikarstwa sportowego w Polsce. Artykuły dotyczą rozmaitych tematów, ale łączy je koncept danego numeru. Wszystko to opatulone jest piękną szatą graficzną. To coś, czego brakowało na rynku wydawniczym. Pozycja, przy której kupowaniu nie powinno się zastanawiać. No chyba,że nad tym co czeka w środku.

             


Piotr Żelazny (fot. ksiazkisportowe.blogpspot.com)







Z okazji wydania się trzeciego numeru (tym razem o związku futbolu i polityki, pozostałe dwa były odpowiednio o piłce reprezentacyjnej i filozofii grania) przeprowadziłem rozmowę z Piotrem Żelaznym, pomysłodawcą magazynu, a także redaktorem i jednym z autorów artykułów znajdujących się w Kopalni.

Jakub Balcerski : Jak najprościej opisać "Magazyn Kopalnia" jednym zdaniem?

Piotr Żelazny :  Wątpię, by dało się tak złożony projekt jakim jest „Kopalnia” dało opisać jednym zdaniem. Nawet nie tyle wątpię, co po prostu wiem, że się nie da. Mam dwa hasła, które doskonale oddają ideę tej ni to książki, ni to magazynu: „Kopalnia” jest zrodzona z najsilniejszej z emocji – czyli miłości. Miłości do futbolu. I drugi: „Kopalnia” ma być dowodem na to, że przez pryzmat futbolu da się mówić o świecie. I tak właśnie jest, futbol jest w przypadku „Kopalni” trochę pretekstem do większej opowieści. W trzecim numerze zajmujemy się wielką polityką i władzą. „Kopalnia” to teksty najlepszych polskich dziennikarzy, blogerów, pisarzy. Teksty, których autorzy nigdy nie opublikowaliby w swoich gazetach. Przede wszystkim dlatego, że są zbyt obszerne, żadna gazeta nie ma tak pojemnych łamów. Jako przykład weźmy mój reportaż o reprezentacji Polski z 1978 roku z argentyńskich mistrzostw świata. To był kawałek na 45 tysięcy znaków, rozkładówka w „Rzeczpospolitej” to około 16 tysięcy znaków, a w „Przeglądzie Sportowym” pewnie koło 12-14 tysięcy. Tyle że teksty w „Kopalni” nie mają być po prostu długie. One są tak obszerne, gdyż są wnikliwe, dociekliwe, z tłem historyczno-społecznym. Rozgadałem się, a miałem odpowiedzieć jednym zdaniem, a przecież muszę dodać, że kolejną cechą charakterystyczną „Kopalni” jest szata graficzna, sposób wydania i złamania, piękne ilustracje. Stąd podtytuł „sztuka futbolu”. 

JB : Czy da się poszczególne magazyny porównywać między sobą?

PŻ : Da się, ponieważ wszystkie trzy części, chociaż każda ma inny temat przewodni, są stworzone według tego samego pomysłu. W pierwszej części zajmowaliśmy się mistrzostwami świata, czyli ostatnim bastionem romantyzmu w futbolu. W drugiej tematem były wielkie piłkarskie umysły             i myśliciele pokroju Johana Cruyffa czy Arrigo Sachhiego, a w trzeciej piszemy o wielkiej polityce       i władzy. Ale wszystkie trzy numery stworzone są tak, by każdy z tych tekstów można było czytać osobno. One nie łączą się w całość. Można zacząć od środka, przejść na początek, a skończyć na końcu. Każdy tekst jest osobną, kompletną, historią. Wspólnych cech jest więcej: począwszy od ilustracji, sposobu graficznego przedstawienia treści, skończywszy na autorach. Wielu jest dziennikarzy, którzy pisali we wszystkich trzech numerach: Michał Okoński z „Tygodnika Powszechnego”, Rafał Stec z „Gazety Wyborczej”, Michał Zachodny ze sport.pl, Olgierd Kwiatkowski, Kuba Polkowski,  Leszek Jarosz, no i ja. W każdym z numerów odkrywamy jednak też kogoś nowego, perełkę.

JB : Artykuły do najnowszej "Kopalni" napisało 24 autorów. Jak przebiegała ich selekcja?

PŻ : Są pewni autorzy, jak chociażby Okoński, czy Stec, którzy po prostu muszą być w „Kopalni”.   Są też tematy, które powinny się pojawić i wówczas kombinujemy, kto najbardziej nadaje się do napisania takiego tekstu, kto ma oryginalne i wartościowe spojrzenie na dany temat. Chociażby teraz, przy trójce, potrzebowałem tematu o Baskach. O Barcelonie i o Katalonii wszyscy już przeczytali w swoim życiu mnóstwo. Tymczasem temat Basków jest cholernie ciekawy. Krótki research i trafiłem na ludzi z „Ole Magazyn”, którzy wiedzą o Athleticu i o Baskach wszystko, czyli na Magdalenę Żywicką i Mariusza Bielskiego. Czasem to temat znajduje autora, czasem na odwrót.

JB : Każdy z dotychczas wydanych numerów miał swój motyw przewodni. W maju poprzedniego roku twierdziłeś, że obecny numer będzie o polskiej piłce. Wyszedł jednak o związku futbolu z polityką. Często jest tak, że zmieniacie zdanie w kwestii motywu? I czy te "odrzucone" przejdą na kolejne wydania?

PŻ : Jasne że często. Pomysłów jest tysiąc na minutę, także niespecjalnie trzeba się do tego, co mówię przywiązywać. Na pewno powinna się kiedyś pojawić „Kopalnia” o polskiej piłce. Już byłem            w trakcie robienia „sztuki futbolu” o europejskich pucharach i nawet mam jeden tekst, kapitalnego dziennikarza, już napisany. Więc z całą pewnością „Kopalnia” o tej tematyce będzie się musiała pojawić. Skoro już jest zaczęta. 




Pierwszy artykuł z Kopalni #3. (fot. twitter.com/KopalniaMagazyn)


JB : Wiemy, że "Kopalnia" to oprócz tekstów także świetne ilustracje. Czy autor tekstu bierze jakiś udział w dobieraniu odpowiedniej, podrzuca pomysł czy jest to tylko praca ilustratorów?

PŻ : Nie. Do tej pory odbywało się to w ten sposób, że ilustrator robił grafikę nieco w ciemno. Później najwyżej coś się zmieniało, robiło poprawki. Po trzecim numerze już wiem, że trzeba to zmienić. Bo jednak praca nad ilustracją zajmuje znacznie mniej czasu niż nad tekstem. A ja zamawiałem do tej pory w tym samym czasie i tekst i grafikę. 

JB : Jakiej reakcji spodziewałeś się gdy ukazywał się I numer?

PŻ : Spodziewałem się, że ludzie się w tym zakochają. Tak jak i ja zakochałem się w samej idei,           a moja miłość się pogłębiała z każdym kolejnym dniem przepracowanym nad pierwszą „Kopalnią”.   Z każdym kolejnym tekstem, z każdą kolejną ilustracją. I chyba ludzie faktycznie się zakochali. Jest ich wciąż zbyt mało, ale Ci, którzy trafią na „Kopalnię” połykają haczyk od razu. Charakterystyczne jest to, że dostaje same pozytywne opinie. 

JB : Czy jak patrzysz teraz na poprzednie wydania to chciałbyś je jeszcze jakoś dopracować, coś w nich zmienić, czy twierdzisz, że są przygotowane perfekcyjnie?

PŻ : Z jednej strony każdą rzecz można zrobić lepiej, widzę pewne niedociągnięcia, detale, które dziś bym pewnie zrobił inaczej. Ale z drugiej mogę cię zapewnić, że na daną chwilę, każdy numer był przygotowany absolutnie najlepiej jak tylko umiałem i mogłem. 

JB : Czy masz jakiś artykuł z 3 części, który uważasz za najlepszy czy wolisz ich ze sobą nie konfrontować?

PŻ : Jest kilka mocnych kandydatów. Jak dobry trener powinienem powiedzieć, że nie wystawiam ocen indywidualnych, ale kilka artykułów darzę szczególną atencją. Tekst Leszka Jarosza                   o mistrzostwach świata organizowanych przez wojskową dyktaturę w Argentynie w 1978 roku jest dokonały. Szalenie ważny, a przy tym świetnie napisany i napakowany informacjami, których nigdy wcześniej nie czytałem nigdzie jest tekst Michała Szadkowskiego o radykalnym islamie, ISIS i piłce nożnej. Fantastycznie się czyta kawałek Michała Treli o NRD-owskim Forreście Gumpie - czyli człowieku, który zawsze był w pobliżu, gdy działa się historia: Eduardzie Geyerze. Bardzo lubię tekst Jacka Staszaka o kibicach Besiktasu, którzy zostali oskarżeni przez Erdogana o zamach stanu i grozi im dożywocie. Doskonały jest tekst Chrisa Lasha o dwóch piłkarzach, którzy nie bali się komuny, świetny jest reportaż Pawła Czady o pierwszym klubie resortu górnictwa, który wcale nie był             w Zabrzu, tylko w Radlinie. Dobra... wystarczy. Bo zaraz wymienię wszystkie teksty. Aha, koniecznie jeszcze ten: materiał Rafała Lebiedzińskiego o dwóch Escobarach i o tym jak kartele narkotykowe przejęły w połowie lat 80. w Kolumbii futbol jest po prostu brawurowy. Do tego Stec, Okoński...       No widzisz. Wszystkie zaraz wyróżnię... Wystarczy. 


Wszystkie trzy numery w pełnej okazałości (fot. twitter.com/KopalniaMagazyn)


JB : Napisałeś po jednym artykule do każdej z wydanych "Kopalni". Który z nich był najtrudniejszy do przygotowania?

PŻ : Najtrudniejszy do pisania był ten z trzeciego numeru. Bo to bardzo delikatna kwestia, a nie chciałem żeby to był materiał, który kogokolwiek ocenia. Piszę o tym dlaczego na polskich trybunach widać tylko jedną opcję polityczną. Dlaczego ideologia prawicowo-narodowościowa zawładnęła stadionami. Bardzo ważyłem słowa. Być może czasem za bardzo. Natomiast najbardziej dumny jestem z reportażu historycznego z pierwszego numeru „Kopalni” - dlaczego w 1978 roku, mimo iż mieliśmy w jednej drużynie i Bońka i Deynę i Lubańskiego nie zdobyliśmy mistrzostwa świata. 

JB : Przy pierwszym numerze organizowaliście spore spotkania z czytelnikami. Teraz można się spodziewać podobnych?

PŻ : Można. Zaczęliśmy w zeszły poniedziałek w Barze Studio w Pałacu Kultury w Warszawie. Wszyscy jesteście na nie zaproszeni. Z czasem powinniśmy pojechać gdzieś w Polskę.

JB : Jakie są plany na przyszłość związane z "Magazynem"? Czy koncept na "czwórkę" został już wybrany?

PŻ :  Nie. W tej chwili wszystko się rozstrzyga. Bardzo bym chciał w tym roku wydać przynajmniej jeszcze jeden numer. Oby się udało.


Cruyff. Gość, który zmienił futbol.

 

 Teraz będzie zmieniał niebiański rodzaj piłki. Johan Cruyff był jednym z ludzi, których podziwiać mogłem tylko za pomocą starych nagrań i stron książek. Przeczytałem o nim i obejrzałem na tyle dużo zagrań, by móc uznać go za 2 w mojej pamięci legendę Barcelony. Przed nim jest tylko wielki Ladislao Kubala. Mogę jednak z pewnością stwierdzić, że Cruyff najbardziej zrewolucjonizował styl gry katalońskiego giganta. Z resztą nie tylko jego. Cały ten sport przez parę lat był zabawką w ręką Cruyffa. Jednak to co z nią robił będzie zapamiętane na dziesięciolecia. Jeśli nie dłużej. Kibice Blaugrany proponują zmianę nazwy stadionu na Estadi Johan Cruyff. I myślę, że nie ma ku temu większych przeszkód. To będzie wielkie ukoronowanie tego człowieka na tle ukochanego klubu, a poza tym w całej jego historii nie było piłkarza, trenera czy działacza, który bardziej zasłużył by na to miano. Cruyff to Cruyff. Wszystko, co tu napisałem jest zapewne dość banalne. Ale to chyba jedyny sposób, żeby jakoś złożyć hołd Holendrowi. No może poza tym, że w czerwcu pod Camp Nou na pewno zapalę znicz. Z przywiązanym do niego chupa chupsem. I 14-tką.


Żegnaj Legendo.